Przyszły tydzień jawi się jakoś tak bardzo intensywnie.
Głównie ze względu na nasze podopieczne, a szczególnie ze względu na jedną z nich. Krysia ma niestety problem z zębami (po mnie! :)) i dziąsłami. Dziąsła muszą zostać podleczone antybiotykiem, który przyjmuje bardzo opornie, oczywiście wyczuwa nawet minimalną domieszkę, która pojawia się w jedzeniu i skrzętnie dany kawałek omija. W związku z tym dzisiaj postanowiliśmy na siłę jej owy antybiotyk zaaplikować, za pomocą otrzymanej od weta strzykawki. Trwało to zaledwie 15 min., a strzykawka nie jest duża. Krysia okazała się wyjątkowo silna, jak na swoje malutkie ciałko. Potem się obraziła, zaakcentowała to, że nie jesteśmy godni jej zaufania. Ale teraz już śpi zwinięta koło moich nóg.
W czwartek po południu, po zakończeniu leczenia antybiotykiem, mamy więc się udać z Krysią do weta celem stwierdzenia, czy nadaje się już do wyrwnia zębów. Jeżeli tak, to w piątek od rana mamy ją zawieźć do weta ponownie, zostanie uśpiona i poddana sterylizacji i ekstrakcji (zębów), wszystko za jednym razem, żeby nie obciążać jej organizmu.
Wieczorem w piątek będzie już do odebrania. Oczywiście ja będę pewnie przez cały dzień robiła pod siebie ze strachu o nią. Jakoś już nie wyobrażam sobie jej braku.
Więc dwa popołudnia/wieczory spędzam w przychodni weterynaryjnej.
Do tego dochodzi kwestia odpracowania piątku, bo przecież będę musiała spóźnić się w piątek, więc pewnie w środę posiedzę godzinkę dłużej.
A w poniedziałek jeszcze wizyta u ginekologa, to już we własnym imieniu.
Ale tym całym tygodniu będzie łikend i pewność, że Krysia nie cierpi i jest zdrowa, a to jednak jest bezcenne.



Dzięki temu mogę wgrywać flash menu, dzięki temu menu aparatu może wyglądać np. tak.


Dzisiejszy dzień sponsoruje literka H, Ahhhhhhmed, the dead terrorist.



- klapka od obiektywu w telefonie - lata jak wiedeńska rozklapicha,
- radio samochodowe - krótkie maczanie w błocie pośniegowym,
- korki w mieszkaniu - z opóźnieniem rozpoczęły świętowanie Nowego Roku,
- się - parę razy, ale bez komentarza.

Komputer działa - jeszcze.



A poza tym ta wiadomość wyjaśniła wiele aspektów mojego życia.



Nieuchwytnej zabawki oczywiście.



Zabawka niepozorna, na pierwszym planie: plastikowy pasek z jakiegoś opakowania.



Rzeczony zestaw do brokatowania powiek.


Czyli jak to firma (a właściwie jedna osoba w postaci mendedżera) postanowiła uciąć zbyt dobry zarobek. Otóż od dzisiaj sprzedaję inne produkty, a których wiem tyle, co sobie sama poszukam. Zero szkolenia, zero informacji wcześniej, baza klientów od czapy, czyli kto popadnie. Dzwonię i sama muszę wyczuć z czym dzwonię, bo nie wiem i nikt mi nie powie. Sama mam po jednym "dzień dobry" poznać, czy tej pani Domową, czy temu panu DSL. Limit jest ustalony na jedną umowę dzienną, za każdą 10 zł. Tą dzisięciozłotówką mogłabym się podetrzeć, gdyby jeszcze dało radę to zrobić. Nikt nie chce tak przy pierwszej rozmowie wiązać się na dwa lata umową, o której tyle wiedzą, co ja im powiem. Jeżeli powiem, bo po słowach "stacjonarny" klienci mówią zazwyczaj "nie, nie, nie, ja dziękuję". Bo już mają, albo już nie mają (i mieć nie chcą, bo właśnie zrezygnowali).
Więc miast premii, która podwajała moje dochody, dostanę... nic. Czyli w marcu pensja będzie przynajmniej o połowę niższa. I o tym dowiaduję się z dnia na dzień. I to chyba jest bardziej bezczelne niż policzek w twarz, bo daje wrażenie, jak małą mróweczką jestem. Mróweczką, której ot tak mówi się "Zapieprzasz za połowę tego co teraz. Nał!".
O tym, jak rewelacyjna jest oferta, którą sprzedaję, świadczy fakt, że dzisiaj 10 osób pracujących nad nowym projektem podpisało... 1 umowę (słownie: jedną). 10 osób, każda mogłaby jakieś 8 aneksów wysłać, co daje 80 aneksów w plecy. Dla jednej umowy.
Ogólnie: chce się rzygać. Co jakiś czas staram się pogodzić z tą pracą, bo wiem, że trudno lepiej płatną znaleźć, bo socjal, bo ludzie, bo jednak nie jest tak źle. I z równą regularnością firma daje mi w twarz. Tym razem jeden człowiek, który coś sobie wymyślił, a jak on wymyśla, to już trzeba od razu wprowadzić. Człowiek, który pewnie sam nie wyobraża sobie przeżyć nawet za połowę swojej pensji, nie mówiąc o pensji konsultanta. Może powinnam wysłać mu swoje rachunki za marzec i kwiecień? Bo biorąc pod uwagę wszystkie stałe opłaty, wychodzi na to, że nie tylko nie będę miała na benzynę, ale nawet na chleb, fajki. Na migawkę mi wystarczy. Tylko jedno się nasuwa: oby Cię głupi chuju pokręciła podagra i myszy zjadły twoje oszczędności, bo brzydszy już być nie możesz.